Wydaje się, że zachodzi tu paradoks. Te cyfrowe patogeny są dowodem na to, jak krucha jest nasza infrastruktura cyfrowa, ale są także pomnikami tego, jak złożona stała się nasza globalna łączność. Jedna linijka złośliwego kodu może zamknąć firmę i spowodować straty rzędu miliardów dolarów. W styczniu 2004 roku robak Mydoom zainfekował około 250 000 komputerów w ciągu zaledwie jednego dnia.
Weź pod uwagę skalę. Wirus Melissa spowodował, że Microsoft i inne duże korporacje całkowicie odcięły komunikację e-mailową w marcu 1999 r. To samo wydarzyło się podczas epidemii wirusa ILOVEYOU w 2000 r. Do października 2007 r. robak Storm zainfekował nawet 50 milionów komputerów. To nie są tylko statystyki. To dowód na istnienie świata, w którym prosty skrypt może ominąć korporacyjne zapory sieciowe i zmienić rzeczywistość milionów użytkowników.
Zrozumienie spektrum infekcji elektronicznych
Większość ludzi używa terminu „wirus” jako ogólnej nazwy dowolnego zagrożenia cyfrowego. To jest lenistwo. To także niebezpieczne. Aby się chronić, musisz dokładnie wiedzieć, z czym masz do czynienia. Ekosystem złośliwego oprogramowania jest podzielony na odrębne kategorie, z których każda ma własną strategię replikacji i profil docelowy.
Co to jest tradycyjny wirus komputerowy?
Typowym wirusem jest pasożyt. Nie może pracować samodzielnie. Musi być podłączony do legalnego programu hosta. Wyobraź sobie aplikację arkusza kalkulacyjnego. Otwierasz plik. Trwa ładowanie tabeli. Wirus jest aktywowany.
On czeka. Dozorujący. Następnie się reprodukuje. Jest dołączony do innych plików, innych programów. Za każdym razem, gdy użytkownik otwiera zainfekowany plik hosta, cykl się powtarza. To powolne spalanie. Opiera się na interakcji międzyludzkiej. Musisz kliknąć. Musisz uruchomić program. W pewnym sensie to stary styl. Proste, ale skuteczne, jeśli nie zwracasz uwagi.
Jak wirusy pocztowe rozprzestrzeniają się automatycznie
Wirusy e-mailowe to szybka droga. Podróżują jako inwestycje. Po otwarciu listu infekcja zaczyna działać. Niektóre wymagają dwukrotnego kliknięcia pliku. Inni są bardziej przebiegli. Są one wykonywane natychmiast po wyświetleniu wiadomości w obszarze podglądu Twojego klienta poczty e-mail.
Pomyśl o tym. Nie musisz nawet otwierać załącznika. Wystarczy spojrzeć na list. Następnie wirus skanuje Twoją książkę adresową. Kopiuje siebie. Wysyła się do kilkudziesięciu kontaktów. Te kontakty oglądają podgląd. Zarażają się. Reakcja łańcuchowa zachodzi automatycznie. Wykorzystuje zaufanie. Korzysta z wygody.
Oszustwo konia trojańskiego
Koń trojański to coś innego. Nie reprodukuje się. Samo się nie rozprzestrzenia. Jest to samodzielny program. Ona kłamie. Twierdzi, że jest tym, czego chcesz. Gra. Pożytek. Bezpłatne pobieranie filmów.
Pobierasz to. Zainstalować. Uruchomisz to. Występują uszkodzenia. Może wyczyścić Twój dysk twardy. Ona może ukraść Twoje hasła. To jest ulica jednokierunkowa. Koń trojański opiera się całkowicie na inżynierii społecznej. Potrzebuje, żebyś zaprosił go do środka. Gdy znajdzie się w środku, powoduje szkody zamierzone przez jego twórcę. Brak replikacji. Tylko zniszczenie.
Robaki: autonomiczni najeźdźcy sieci
Robaki są najbardziej niebezpieczne, ponieważ cię nie potrzebują. Nie potrzebują pliku hosta. Nie potrzebują załącznika w wiadomości e-mail. Do reprodukcji wykorzystują sieci komputerowe i luki w zabezpieczeniach.
Robak skanuje sieć. Wyszukuje konkretną lukę w zabezpieczeniach. Znajduje samochód z tą dziurą. Kopiuje tam siebie. W toku. Następnie rozpoczyna skanowanie w poszukiwaniu obecności innych maszyn. Powtarza proces. Jest autonomiczny. Jest szybki. On jest przerażający.
Dlaczego to rozróżnienie jest ważne dla Twojego bezpieczeństwa
Znajomość różnic pomiędzy wirusem, robakiem i koniem trojańskim nie jest zadaniem akademickim. To jest pytanie praktyczne. To określa sposób ochrony systemu.
- Wirusy wymagają uruchomienia programu. Unikanie podejrzanych plików pomaga.
- Wirusy e-mailowe wymagają przeglądania lub otwierania załączników. Kluczowe jest wyłączenie paneli podglądu i skanowanie załączników.
- Trojany wymagają pobrania i zainstalowania oprogramowania. Konieczne jest zakwestionowanie źródła oprogramowania.
- Robaki wymagają luki w sieci. Jedyną prawdziwą ochroną jest aktualizowanie systemów (łatanie).
Wirusy komputerowe mają swoją nazwę z konkretnego powodu biologicznego. Są nie tylko w systemie. Migrują. Podobnie jak szczep grypy rozprzestrzeniający się w zatłoczonym wagonie metra, cyfrowy wirus przeskakuje z jednego wagonu do drugiego. Jednak w przeciwieństwie do patogenu biologicznego nie może się on rozmnażać samodzielnie. Wirus nie ma mechanizmu kopiującego. Potrzebuje właściciela.
Wirusy biologiczne wprowadzają swoje DNA do komórki. Przejmują wewnętrzne systemy komórki, zmuszając ją do wytwarzania nowych kopii wirusa. Czasami komórka pęka, uwalniając rój nowych cząstek. W innych przypadkach nowe cząsteczki są uwalniane delikatnie, pozostawiając żywiciela przy życiu, ale zagrożonego.
Wirusy komputerowe działają w podobny sposób. Muszą korzystać z zasobów innych ludzi. Ukrywają się w legalnych programach lub dokumentach. Zaraz po uruchomieniu pliku hosta wirus „budzi się”. Następnie zaczyna szukać innych plików do zainfekowania. Analogia nie jest doskonała. Kod nie krwawi. Jednak mechanizmy przechwytywania i replikacji są na tyle bliskie, że termin ten się przyjął.
Kto pisze te programy?
Ludzie. Zawsze ludzie. Ktoś zapisuje ładunek. Ktoś testuje dystrybucję. Ktoś zastanawia się nad planem uzyskania korzyści. Być może to żart. Prawdopodobnie całkowite zniszczenie danych. Motywy mogą być bardzo różne.
Psychologia kryjąca się za kodem
Za tworzeniem wirusów stoją co najmniej cztery różne siły napędowe. Pierwsza to czysty wandalizm. To ten sam impuls, który powoduje, że ktoś drapie samochód lub spryskuje ścianę farbą. Dla niektórych ekscytacja kryje się w chaosie. Jeśli taka osoba umie programować, może skierować swoją niszczycielską energię na tworzenie złośliwego oprogramowania.
Potem pojawia się pragnienie spektaklu. Niektórzy twórcy fascynują się mechaniką zawalenia się. Przypomnij sobie dziecko, które mieszało chemikalia w garażu, aby wywołać małe eksplozje. Im większa eksplozja, tym większa uwaga. Wirus to cyfrowa bomba. Im więcej systemów infekuje, tym głośniejsza eksplozja. Dla twórcy obserwowanie rozprzestrzeniania się infekcji jest nagrodą.
Trzecim motywem jest okazywanie wyższości (popisywanie się). To cyfrowy wyścig zbrojeń. Jeśli programista odkryje lukę w zabezpieczeniach, może odczuć potrzebę jej wykorzystania w pierwszej kolejności. Nie sprzedawać. Nie niszczyć. Tylko po to, żeby udowodnić, że może. To jak wspinaczka na górę, na którą nikt wcześniej nie wspiął się. Chwała leży w samym działaniu.
I wreszcie pieniądze. Zimne, twarde pieniądze. Wirusy mogą kraść tożsamość. Mogą blokować systemy z żądaniem okupu. Mogą nakłonić użytkowników do zakupu fałszywego oprogramowania antywirusowego. Potężne wirusy to cenne aktywa na czarnym rynku. To instrumenty, które płacą dywidendę.
Większość twórców zdaje się ignorować koszty ludzkie. Widzą kod. Widzą wyzwanie. Nie widzą, jak właściciel małej firmy traci lata danych. Nie widzą godzin, które dział IT spędza na naprawianiu problemów. Nawet „zabawna” wiadomość powoduje realne szkody, marnując czas i zasoby. Z tego powodu system prawny stał się bardziej rygorystyczny. Rosną kary. Jednak struktura zachęt pozostaje złożona.
Łatka we wtorek i okno zero-day
Co miesiąc w drugi wtorek firma Microsoft publikuje aktualizacje zabezpieczeń. Ten dzień nazywany jest Wtorkiem łatki. Firma wymienia znane luki w systemie Windows i jednocześnie dostarcza poprawki. Jest to zaplanowane wydarzenie konserwacyjne dla milionów systemów.
Hakerzy znają ten harmonogram. Planują ataki na systemy, które nie zostały jeszcze zaktualizowane. Kiedy tego dnia wirus zostaje uruchomiony specjalnie w celu wykorzystania niezałatanych systemów, często nazywa się to atakiem dnia zerowego. Termin „dzień zero” oznacza lukę w zabezpieczeniach, z której programiści nie są świadomi, ale w tym kontekście podkreśla okno ujawnienia pomiędzy publicznym ujawnieniem luki a powszechnym przyjęciem łatki.
„Jeśli będziesz aktualizować oprogramowanie i szybko instalować poprawki w swoim systemie, nie będziesz musiał się martwić problemami typu zero-day.”
Producenci oprogramowania antywirusowego ściśle współpracują z firmą Microsoft, aby przewidzieć te luki. Mają wcześniejszy dostęp do poprawek. Szybko aktualizują swoje sygnatury wykrywania. Strategia jest prosta: stosuj poprawki w odpowiednim czasie. Jeśli zwlekasz, staniesz się łatwym celem.
Historia wirusów wykazuje wyraźną ewolucję. Od prostych żartów po złożone przestępstwa finansowe – technologia dojrzała. Ale podstawowa mechanika pozostaje taka sama. Działanie. Rozpościerający się. Otrzymywanie świadczeń.
W kolejnym etapie tej historii przyjrzymy się, jak te zagrożenia zmieniały się na przestrzeni czasu.
Koniec lat 80-tych dał nam coś więcej niż tylko synth-pop i naramienniki. Dał nam współczesnego wirusa komputerowego. Nie dzisiejsze ciche trojany działające w tle, ale surowy, samoreplikujący się kod, który zdefiniował bezpieczeństwo cyfrowe na nadchodzące dziesięciolecia.
Trzy różne siły połączyły się, aby stworzyć tę cyfrową plagę. Miałeś sprzęt. Miałeś kanały dystrybucji. I miałeś media.
Eksplozja sprzętu
Do lat 80. komputery były instytucjonalnymi gigantami. Mieszkali w serwerowniach, strzeżonych przez ekspertów. Przeciętny człowiek nie dotknąłby takiego urządzenia. Zmieniło się to wraz z wypuszczeniem komputera IBM PC w 1982 r. i komputera Apple Macintosh w 1984 r.
Nagle moc obliczeniowa pojawiła się na biurkach w domach, szkołach wyższych i biurach. Baza użytkowników gwałtownie wzrosła. Więcej bramek. Więcej ciekawości. Więcej okazji dla napastników.
Era tablic ogłoszeniowych
Jak w tamtych czasach rozwijało się oprogramowanie? Poprzez dostęp modemowy.
Użytkownicy podłączeni do komputerowych systemów tablic ogłoszeń (BBS) za pomocą modemów. Pobierali wszystko, od gier po edytory tekstu. Był prekursorem Internetu, ale był powolny, osobisty i kierowany przez społeczność.
To właśnie w tym środowisku narodził się Trojan.
Trojan nie jest wirusem w sensie samoreprodukcji. To jest oszustwo. Jest ukryty w legalnie wyglądającym programie — „fajnej” grze lub narzędziu. Pobierasz to. Uruchomisz to. Zamiast uruchamiać grę, usuwa zawartość dysku twardego.
Trojany były niebezpieczne, ale ich możliwości były ograniczone. Ponieważ społeczność była blisko, informacja rozeszła się szybko. Jeśli jedna osoba została oszukana, wszyscy wiedzieli, że należy unikać określonego BBS lub pliku. Odkrycie nastąpiło szybko. Reputacja służyła jako program antywirusowy.
Wektor z dyskietkami
Prawdziwym silnikiem rozprzestrzeniania wirusów była dyskietka.
W latach 80. oprogramowanie było malutkie. Cały system operacyjny, kilka aplikacji i dokumentów mieści się na jednym lub dwóch dyskach 5,25 lub 3,5 cala. Wiele maszyn w ogóle nie miało dysku twardego. Uruchomiłeś system bezpośrednio z dysku.
Autorzy wirusów zdali sobie sprawę, że mogą wstrzyknąć złośliwy kod do legalnych programów.
Oto jak to działało:
1. Pobierasz grę.
2. Rozpoczyna się gra. Wstrzyknięty wirus jest ładowany do pamięci.
3. Wirus skanuje dysk w poszukiwaniu innych plików wykonywalnych.
4. Infekuje je dodając własny kod.
5. Uruchamia oryginalną grę.
Nigdy nie wiedziałeś, że coś jest nie tak. Ale teraz miałeś dwa zainfekowane programy. Uruchom dowolny z nich, a cykl będzie kontynuowany. Udostępnij dysk koledze, a właśnie zainfekowałeś jego komputer.
To reprodukcja biologiczna, ale w formie cyfrowej.
Wyzwalacz
Reprodukcja jest irytująca. Zniszczenie jest złośliwe.
Większość wirusów zawierała destrukcyjny ładunek. Spust go aktywował. Być może była to konkretna data. Być może było tak, że wirus rozmnożył się 100 razy.
Skutki sięgały od nieszkodliwych żartów (komunikat na ekranie) po katastrofalną utratę danych (kasowanie dysku). Zagrożenie było realne. Dystrybucja była łatwa.
Upadek klasycznych wirusów
Autorzy wirusów dostosowali się. Nauczyli się wcześnie ładować do pamięci, pozostając aktywnymi (rezydentnymi) podczas działania komputera. Ich celem był sektor rozruchowy – mały fragment kodu uruchamiający system operacyjny.
Wirusy rozruchowe były paskudne. Gwarantowali wykonanie. Włóż dyskietkę, a wirus uruchomi się jeszcze przed uruchomieniem systemu operacyjnego. Na uczelniach, gdzie studenci stale wymieniali dyski, rozprzestrzeniały się błyskawicznie.
Ale ta era w zasadzie już się skończyła. Dlaczego?
Utrata siedlisk
Środowisko obsługujące te wirusy zniknęło.
Oprogramowanie rozrosło się. Oprogramowanie stało się ogromne. Nie można było zainstalować nowoczesnego systemu Windows na dyskietce. Nośnik dystrybucji zmienił się z dysków wymiennych na płyty kompaktowe (CD).
Płyty CD są przeznaczone tylko do odczytu. Nie możesz na nich nagrywać. Nie można łatwo zmieniać plików wewnętrznie. To sprawiło, że rozprzestrzenianie się tradycyjnych wirusów wykonywalnych i startowych za pośrednictwem mediów komercyjnych stało się prawie niemożliwe. O ile producent nie dodał wirusa podczas produkcji (rzadko i identyfikowalnie), płyta CD pozostała pusta.
Poprawiono bezpieczeństwo systemu operacyjnego. Nowoczesne systemy operacyjne blokują sektor rozruchowy. Uniemożliwiają one jakiemukolwiek programowi przejęcie kontroli nad sprzętem podczas uruchamiania.
Nie jesteśmy bezpieczni. Jesteśmy po prostu w innym ekosystemie. Kurczące się środowisko dyskietek i słabe uprawnienia zabiły klasyczny model wirusa.
Dziś powierzchnia ataku uległa zmianie. Przeniosło się na e-mail.
Jak wczesne wirusy pocztowe przejęły Twoją skrzynkę odbiorczą
Przejście od izolowanego złośliwego oprogramowania do wirusów sieciowych uszkadzających infrastrukturę stanowiło punkt zwrotny w bezpieczeństwie cyfrowym. Autorzy przestali pisać kod dla zabawy i zaczęli go pisać, aby wyrządzić maksymalne szkody. Rezultatem była fala zniszczeń, która zmusiła działy IT do wstrzymania całych korporacyjnych systemów poczty elektronicznej.
Weźmy wirusa Melissa z marca 1999 r. Był to element socjotechniki zamaskowany pod postacią dokumentu Microsoft Word. Mechanizm ataku był prosty: użytkownik przesłał zainfekowany plik .doc do internetowej grupy dyskusyjnej. Kiedy ktoś go pobrał i otworzył, wydarzył się „cud”. Wirus wykorzystywał Visual Basic for Applications (VBA), język programowania wbudowany w aplikacje biurowe, do automatycznego wysyłania spamu. Wyodrębniał pierwszych 50 adresów e-mail z książki adresowej ofiary i wysyłał zainfekowany dokument do każdego z nich.
List ten nie wyglądał podejrzanie. Powitanie zawierało imię i nazwisko odbiorcy. Okazuje się, że luką jest zaufanie. Po otwarciu skrypt uruchomił się, wysłał 50 e-maili, a następnie zainfekował plik NORMAL.DOT – szablon globalny. Każdy nowy dokument programu Word utworzony później zawierał wirusa. Rozprzestrzeniał się szybciej niż cokolwiek, co widziano wcześniej. Duże firmy musiały zamknąć serwery pocztowe, aby powstrzymać rozprzestrzenianie się infekcji.
Potem w maju 2000 roku pojawił się ILOVEYOU. Był jeszcze bardziej prymitywny. Wirus ukrywał się pod postacią pliku tekstowego z podwójnym rozszerzeniem: LISTA-MIŁOSNA-DLA-CIEBIE.TXT.vbs. Użytkownicy zobaczyli rozszerzenie .txt, zaufali nazwie pliku i kliknęli go dwukrotnie. Część .vbs wykonywała skrypt, który nie tylko rozsyłał się do całej książki adresowej, ale także nadpisywał pliki na dysku twardym ofiary. Był to nie tyle wirus w tradycyjnym sensie, ile koń trojański. Opierał się całkowicie na ludzkiej ciekawości i niezrozumieniu rozszerzeń plików.
Dlaczego ochrona makr była bezużyteczna
Zarówno Melissa, jak i ILOVEYOU wykorzystywały funkcje Microsoftu zaprojektowane tak, aby pomagać użytkownikom, a nie im szkodzić. Ochrona przed makrowirusami miała być tarczą. Jest ona domyślnie włączona i wyłącza funkcję automatycznego uruchamiania makr VBA. Gdy zainfekowany dokument spróbuje wykonać kod po otwarciu, pojawi się okno dialogowe z ostrzeżeniem.
Dlaczego więc Melissa wygrała?
Ponieważ ludzie ignorują ostrzeżenia. Wielu użytkowników nie wiedziało, czym jest makro. Zobaczyli okno dialogowe zakłócające ich pracę, kliknęli „Włącz makra” i odeszli. Inni celowo wyłączyli ochronę, wierząc, że są na tyle sprytni, aby otwierać tylko zaufane pliki. Mechanizm ochronny istniał, ale błąd ludzki zniszczył łańcuch bezpieczeństwa.
Ten schemat powtarza się we wszystkich kanałach komunikacji. Sieci komunikatorów, takie jak AIM i Windows Live Messenger, stały się wektorami tych samych exploitów. Haker przejmuje konto, wysyła link znajomym, twierdząc, że jest zabawny lub interesujący, a każdy, kto na niego kliknie, instaluje trojana. W rezultacie kontakty ofiary zaczynają otrzymywać spam z jej zaatakowanego konta. Sieć zaufania staje się powierzchnią ataku.
Phishing i błąd ludzki
Po dokonaniu przeglądu zagrożeń związanych z wirusami pocztowymi krajobraz zagrożeń zmienił się z wykonywania kodu na oszukiwanie. Phishing i inżynieria społeczna to kolejny rodzaj ryzyka. Nie chodzi o znalezienie błędu w oprogramowaniu, ale o znalezienie błędu w użytkowniku.
Inżynieria społeczna to po prostu sztuka manipulowania ludźmi w celu uzyskania od nich informacji osobistych lub finansowych. Niezależnie od tego, czy dzieje się to online, czy osobiście, cel jest zawsze ten sam: kradzież. Spamerzy używają wyrafinowanych filtrów do przechwytywania masowych wiadomości e-mail, ale nie mogą filtrować zaufania. Zespół gotowości na wypadek awarii komputerowych Stanów Zjednoczonych (US-CERT) zaleca, aby najlepszą obroną był sceptycyzm. Nigdy nie przesyłaj poufnych informacji online, niezależnie od tego, jak uzasadniona może się wydawać prośba.
Kolejna ewolucja złośliwego oprogramowania wykracza poza załączanie plików do wiadomości e-mail. Jesteśmy świadkami pojawiania się robaków — złośliwego oprogramowania, które replikuje się w sieciach bez interwencji człowieka. Era kliknięć w linki dobiegła końca. Rozpoczęła się era autonomicznej dystrybucji.
Robak to samodzielny program komputerowy, który kopiuje się z jednego komputera na drugi. Nie musi dołączać się do istniejącego pliku, jak robi to wirus. Zamiast tego do reprodukcji wykorzystuje czas procesora i przepustowość sieci. Często niesie ze sobą ładunek powodujący realne szkody.
Robak Code Red trafił na pierwsze strony gazet w 2001 roku. Eksperci przewidywali, że będzie on tak skutecznie blokował Internet, że wszystko się zatrzyma.
Robaki zazwyczaj wykorzystują luki w oprogramowaniu lub systemach operacyjnych. Robak Slammer, który spowodował spustoszenie w styczniu 2003 roku, wykorzystywał lukę w zabezpieczeniach programu Microsoft SQL Server. Później magazyn Wired opublikował fascynujący artykuł na temat wewnętrznego funkcjonowania Slammera. Program był malutki – tylko 376 bajtów.
Jak robaki rozprzestrzeniają się na dużą skalę
Robaki przemieszczają się po sieciach komputerowych. Sieć pozwala na niewiarygodne szybkie rozmnażanie się jednej kopii. 19 lipca 2001 r. Code Red odtworzono ponad 250 000 razy w ciągu około dziewięciu godzin.
Spowolniło to ruch internetowy, ale nie tak bardzo, jak przewidywano. Każda kopia skanowała serwery Windows NT lub Windows 2000, na których nie zainstalowano poprawek zabezpieczeń firmy Microsoft. Po znalezieniu niezabezpieczonego serwera robak skopiował się na niego. Nowa kopia następnie przeskanowała inne serwery. W zależności od liczby niezabezpieczonych serwerów robak może utworzyć setki tysięcy kopii.
Code Red otrzymał instrukcje dotyczące wykonania trzech konkretnych rzeczy:
- Powtarzaj w ciągu pierwszych 20 dni każdego miesiąca
- Zastąp strony internetowe na zainfekowanych serwerach stroną oznaczoną „Zhakowany przez Chińczyków”
- Przeprowadź skoordynowany atak na stronę internetową Białego Domu
Po zakażeniu Code Red czekał na wyznaczoną godzinę. Następnie połączył się z domeną www.whitehouse.gov. Atak polegał na jednoczesnym wysłaniu 100 połączeń do portu 80 witryny www.whitehouse.gov (198.137.240.91) zainfekowanych systemów.
Aby obejść zagrożenie, rząd USA zmienił adres IP witryny www.whitehouse.gov. Wydał także ogólne ostrzeżenie, zalecając użytkownikom serwerów sieci Web opartych na systemach Windows NT lub Windows 2000 zainstalowanie poprawek zabezpieczeń.
Robak burzowy i botnety
Robak o nazwie Storm pojawił się w 2007 roku i szybko ugruntował swoją pozycję. Wykorzystał inżynierię społeczną, aby nakłonić użytkowników do pobrania. To było skuteczne. Eksperci szacują, że zainfekowanych zostało od 1 miliona do 50 milionów komputerów.
Dostawcy programów antywirusowych dostosowali się do Storm. Nauczyli się wykrywać wirusa nawet wtedy, gdy zmienił on kształt. Był to jeden z najskuteczniejszych wirusów w historii Internetu. Mógłby pojawić się ponownie. W pewnym momencie Storm odpowiadał za 20 procent spamu w Internecie.
Po uruchomieniu Storm otworzył „tylne drzwi” do komputera. Dodał zainfekowaną maszynę do botnetu. Utworzył także kod, aby się ukryć. Botnety to małe grupy peer-to-peer. Nie są to większe, łatwiejsze do zidentyfikowania sieci.
Eksperci uważają, że ludzie kontrolujący Storm wynajmują swoje mikrobotnety. Używają ich do dystrybucji spamu lub oprogramowania reklamowego. Wykorzystują je również do ataków typu „odmowa usługi” (DoS) na strony internetowe.
Zmiana zagrożeń
W pierwszych latach rozwoju Internetu głównym zagrożeniem były wszelkiego rodzaju wirusy. Nadal istnieją. Jednak od połowy 2000 roku oprogramowanie antywirusowe uległo udoskonaleniu. Przeglądarki internetowe i systemy operacyjne stały się bezpieczniejsze.
Czy głównym zagrożeniem 2010 roku będą ataki na smartfony, a nie na komputery PC?
Dlaczego wirusowa apokalipsa nie miała miejsca
Jeśli chodzi o higienę cyfrową, początek XXI wieku przypominał Dziki Zachód. Robaki i exploity takie jak Storm nie tylko irytowały użytkowników; sparaliżowali infrastrukturę. Dlaczego ta era wydawała się o wiele bardziej niebezpieczna niż dzisiejsza? Chodziło o doskonałą burzę ignorancji użytkowników, drogie i kłopotliwe narzędzia antywirusowe oraz architekturę oprogramowania podatną na ataki. Internet Explorer 6? To był żart. Nawet rozpoczęcie łatania luk w zabezpieczeniach zajęło ponad dekadę.
Ludzie teraz wiedzą lepiej. Mamy bezpłatne rozwiązania antywirusowe, takie jak AVG i Avast, które nie kosztują ani grosza. Nowoczesne przeglądarki, takie jak Chrome i Firefox, zostały zaprojektowane z myślą o bezpieczeństwie jako kluczowej funkcji, a nie o tym później. Tak, w 2009 roku wirus Downadup nadal infekował miliony komputerów, ale czas reakcji został znacznie skrócony. Antywirusowe bazy danych są aktualizowane codziennie, a czasem kilka razy dziennie, śledząc każdą nową mutację trojanów i robaków. Możesz przejrzeć historię aktualizacji wirusów Avast, aby zobaczyć ilość kodu, który konsekwentnie blokują. Nie wyeliminowaliśmy zagrożenia; właśnie nauczyliśmy się, jak skutecznie nim zarządzać.
Wojny o tarczę mobilną i platformy
Panuje błędne przekonanie, że urządzenia mobilne są odporne na wirusy. To jest błędne. Ale są naprawdę trudniejsze do zainfekowania niż komputery PC z systemem Windows. Dlaczego? Ponieważ wirusy są zależne od platformy. Kod, który psuje system Windows, nie będzie miał wpływu na system macOS, nie mówiąc już o iOS lub Androidzie. Ich podstawowa architektura jest zupełnie inna.
iOS Apple pozostaje „zamkniętym ogrodem”. Jest to zastrzeżony system o zamkniętym kodzie źródłowym, co znacznie utrudnia złośliwemu oprogramowaniu znalezienie punktu wejścia. Android, będący systemem open source, jest bardziej podatny na ataki. Widzieliśmy wirusy zdolne do wydobywania danych osobowych z telefonów z systemem Android, ale od 2011 r. mobilne szkodliwe oprogramowanie nadal stanowi niewielki problem w porównaniu z zagrożeniem dla komputerów stacjonarnych. Windows pozostaje najatrakcyjniejszym celem, ponieważ ma największy udział w rynku. Jednak wraz ze wzrostem sprzedaży smartfonów możemy spodziewać się, że wirusy mobilne staną się bardziej wyrafinowane. Jednak na razie Twój telefon jest bezpieczniejszy niż laptop.
Jak chronić komputer przed wirusami
Nie musisz żyć w strachu. Kilka zdyscyplinowanych nawyków ochroni Cię przed tradycyjnym złośliwym oprogramowaniem.
1. wybierz mądrze swój system operacyjny
Jeśli naprawdę masz paranoję na punkcie wirusów, przełącz się na system Linux lub Mac OS X. Platformy te są narażone na znacznie mniej zagrożeń po prostu dlatego, że mają mniejszy udział w rynku. Hakerzy podążają za pieniędzmi. System operacyjny Apple OS X miał swoje problemy, ale zdecydowana większość aktywności wirusów nadal jest skierowana na system Windows.
2. Skorzystaj z bezpłatnego oprogramowania antywirusowego
Jeśli pozostajesz przy systemie Windows, zainstaluj oprogramowanie antywirusowe. W Internecie dostępnych jest wiele bezpłatnych opcji. Jest to podstawowy środek ochronny, który większość ludzi ignoruje, dopóki nie jest za późno.
3. Trzymaj się zaufanych źródeł
Unikaj programów z nieznanych stron internetowych. Trzymaj się oprogramowania komercyjnego zakupionego na dysku lub od renomowanych dostawców. Eliminuje to prawie całe ryzyko związane z tradycyjnymi wirusami plikowymi.
4. Wyłącz makra
Włącz ochronę makr we wszystkich aplikacjach Microsoft. Nigdy nie uruchamiaj makra w dokumencie, jeśli nie wiesz dokładnie, do czego służy. Nie ma dobrego powodu, aby dołączać makra do pliku. Całkowicie ich unikając, zastosujesz najbezpieczniejszą politykę.
5. Uważaj na pliki wykonywalne
Nigdy nie klikaj dwukrotnie załącznika w wiadomości e-mail będącej plikiem wykonywalnym. Pliki z rozszerzeniami .DOC, .XLS lub .GIF to pliki danych; nie mogą samodzielnie wykonać kodu (chyba że włączysz makra, patrz punkt #4). Ale pliki z rozszerzeniami .EXE, .COM lub .VBS? To są programy. Kiedy je włączysz, dajesz im pełne pozwolenie na robienie czegokolwiek chcą. Niektóre wirusy nauczyły się nawet ukrywać w plikach .JPG, więc należy zachować ostrożność.
Wykonując poniższe kroki, będziesz w stanie utrzymać system wolny od wirusów. Krajobraz zagrożeń się zmienia, ale podstawy się nie zmieniły: bądź sceptyczny, bądź na bieżąco i nie klikaj rzeczy, których nie powinieneś.
Aby uzyskać głębsze informacje na temat bezpieczeństwa komputera, skorzystaj z łączy na następnej stronie.
Często zadawane pytania
Co to jest wirus na komputerze?
Wirus to rodzaj złośliwego oprogramowania (malware), które dołącza się do legalnego programu lub pliku. Rozmnaża się poprzez wstawianie swoich kopii do innych programów i plików danych. Jeśli pozostanie niezaznaczony, może uszkodzić dane, usunąć pliki lub zawiesić system.


















